Nasza Rozpaczliwa Potrzeba Autorytetu
Autor: David Martyn Lloyd-Jones
Oryginalny tytuł: Our Desperate Need of Authority
Tekst źródłowy: https://www.chapellibrary.org/book/authfg
Jeśli w ogóle rozumiem współczesną sytuację religijną, to cała kwestia autorytetu jest jednym z najważniejszych problemów, z jakimi się mierzymy. Jako taka wymaga ona naszego uważnego zbadania. Nie ma wątpliwości, że stan kościoła chrześcijańskiego na całym świecie wygląda dziś tak, a nie inaczej, ponieważ utraciliśmy nasz autorytet. Stajemy w obliczu faktu, że rzesze ludzi znajdują się poza kościołem. Sugeruję, że są tam dlatego, iż kościół w ten czy inny sposób utracił swój autorytet. W rezultacie ludzie przestali słuchać jego przesłania lub zwracać na nie jakąkolwiek uwagę.
Wiele działań kościoła w obecnym czasie charakteryzuje się wielkim poszukiwaniem tego, co zostało utracone. Wierzę, że dotyczy to wszystkich odłamów kościoła, w tym ewangelikalnego, który – jak spróbuję pokazać później – wspólnie z innymi próbuje wytworzyć fałszywy, sztuczny substytut.
Kolejnym powodem do rozważenia tego tematu jest to, że różne współczesne i dość skuteczne ruchy zawdzięczają swój sukces, jak sądzę, roszczeniu sobie prawa do autorytetu. Bez wątpienia sekret siły Kościoła Rzymskokatolickiego leży w tym fakcie: twierdzi on, że posiada autorytet, a ludzie są gotowi uwierzyć, że tak jest. Dotyczy to nie tylko ludzi prostych i niewykształconych, ale także intelektualistów i ludzi wyrafinowanych, którzy zmagali się z całym problemem życia i egzystencji, nie znajdując satysfakcji. Są oni gotowi w końcu skapitulować i powiedzieć: „Oto wielki kościół, który rości sobie prawo do autorytetu. Ten kościół trwa przez wieki. Nie rozumiem wszystkiego, co mówi; niektóre rzeczy wydają się trudne. Ale mimo wszystko przemawia on z autorytetem stuleci. Oto wielka tradycja. Kimże jestem, by się jej przeciwstawiać?”. I tak kapitulują, gotowi uwierzyć we wszystko, co ten kościół głosi.
Na przeciwległym biegunie, wierzę, że sukces ruchu zielonoświątkowego, mówiąc ogólnie, należy przypisać tej samej przyczynie. Wewnątrz tego ruchu wydaje się bowiem wybrzmiewać nuta pewności i przekonania – nuta autorytetu. To samo dotyczy wielu kultów, których sukces można przypisać w podobny sposób ich roszczeniu do posiadania autorytetu w takiej czy innej formie.
Ponadto, cała kwestia natury autorytetu jest, jak sądzę, podnoszona obecnie w sposób dotkliwy przez ruchy takie jak Światowa Rada Kościołów czy Światowa Federacja Studentów Chrześcijańskich. Wszędzie zadawane jest pytanie: „Czy istnieje jakikolwiek ostateczny autorytet? Czy istnieje jakiekolwiek obiektywne źródło tego autorytetu?”. Podobne pytanie brzmi: „Czy prawdę można poznać? Czy prawdę można zdefiniować? Czy można ją ująć w szereg twierdzeń?”.
(Przypis tłumacza: Światowa Rada Kościołów oraz Światowa Federacja Studentów Chrześcijańskich były w czasach autora postrzegane przez środowiska konserwatywne jako organizacje promujące liberalizm teologiczny i ekumenizm kosztem doktrynalnej czystości).
Wydaje mi się, że za tymi pytaniami kryje się sugestia, iż prawda jest tak wielka i cudowna, że nie można jej zdefiniować, a zatem nie można z całą pewnością stwierdzić, że ten pogląd jest słuszny, a tamten błędny. W rezultacie przeciętny człowiek czuje, że nie ma czegoś takiego jak „obiektywny autorytet”. Pewien autor, pisząc około rok temu, stwierdził: „Prawdziwy problem dzisiaj to spór między prawdą a fundamentalizmem”. Zwróćcie uwagę, w jaki sposób to ujął. Fundamentalizm, według tego pisarza, nie może być prawdziwy, ponieważ twierdzi, że prawdę można zredukować do szeregu twierdzeń.
Inny uczony człowiek należący do tej samej szkoły myślenia napisał książkę, w której postanowił zająć się fundamentami wiary chrześcijańskiej i całym źródłem naszego stanowiska. Ostatecznie, odrzucając wszelkie sugestie, że prawdę można wyrazić lub zdefiniować w wyznaniach wiary i konfesjach, stwierdził, że sytuacja wygląda mniej więcej tak: Człowiekowi powiedziano, że jeśli tylko wejdzie na szczyt pewnej góry, uzyska wspaniały widok. Tam, rozciągając się przed nim, będzie cudowna i zachwycająca panorama. Zatem człowiek ten pragnie to zobaczyć. Zaczyna się wspinać. Idzie dalej i dalej. Słońce zsyła na niego swoje jasne promienie. Idzie w palącym upale i na przekór niemu. W końcu podejście staje się tak strome, że musi wspinać się na czworakach. Pokonując pewne urwiska, musi chwytać się małych kępek trawy. Ale warto. Walczy dalej, z krwawiącymi dłońmi i kolanami, ale cel trzyma go w drodze. I wreszcie dociera na szczyt, a tam, oto, rozpościera się wspaniała panorama. Co z tym robi? Czy próbuje teraz zredukować ten widok, by tak rzec, do twierdzeń i wyrazić go w teoremach (ideach przyjętych jako dowiedzione prawdy)? Niemożliwe! Rzecz jest zbyt wielka i zbyt wspaniała. Stoi po prostu z szeroko otwartymi oczami i ustami, zagubiony w zdumiewającym zachwycie i osłupieniu. Nie może zejść na dół i spisać wszystkiego, co widział i czuł. Z pewnością nie może tego zdefiniować. To niemożliwe. Tak jak nie można przeanalizować zapachu róży, tak nie można zredukować tej wielkiej i chwalebnej prawdy do szeregu oświadczeń i twierdzeń. Innymi słowy, jest to coś, czego można tylko doświadczyć, coś, co można poczuć. Można do tego tańczyć. Można o tym śpiewać. Ale nie można tego ująć w twierdzenia. Nie można tego zdefiniować. Nie można tego zredukować do formy wyznania wiary.
Sugeruję, że jako Ewangelikanie musimy zmierzyć się z tym głównym stanowiskiem w obecnym czasie. Był czas, gdy konfrontowano nas z absolutnymi zaprzeczeniami. Dzisiejsza sytuacja jest inna.
Zamiast tego słyszymy, że prawda jest tak cudowna, iż nie można jej zdefiniować. Jeden człowiek może mówić to, a inny tamto. Prosi się nas, byśmy uwierzyli, że obaj mają prawdopodobnie rację. Wszyscy mają rację. Istnieje wiele dróg dotarcia na ten szczyt. Musimy zatem powitać wszystkie podejścia i nie możemy mówić, że człowiek nie posiada prawdy, ponieważ nie doszedł do niej naszą drogą. Taka szkoła myślenia twierdzi, że są to sprawy, których ze względu na samą naturę prawdy nie można zdefiniować. Dlatego nie możemy z pewnością mówić o dobru i złu.
Innym powodem, który przytoczyłbym za podjęciem studiów nad problemem autorytetu w naszych dniach, jest pragnienie przebudzenia religijnego. Każde studium historii kościoła, a zwłaszcza każde studium wielkich okresów przebudzenia, pokazuje ponad wszystko ten jeden fakt: kościół chrześcijański we wszystkich takich okresach przemawiał z autorytetem. Wielką cechą wszystkich przebudzeń był autorytet kaznodziei. Wydawało się, że w tym, co ogłaszał w imieniu Boga, było coś nowego, dodatkowego i nieodpartego.
Ostatnim powodem, jaki wam sugeruję, jest to, że temat autorytetu jest w istocie wielkim tematem samej Biblii. Biblia przedstawia się nam jako księga autorytatywna.
Z tymi myślami w naszych umysłach zajmijmy się tym tematem.
(Źródło: Authority, Edinburgh: Banner of Truth Trust, 1984, s. 7-10. David Martyn Lloyd-Jones był walijskim kaznodzieją ekspozycyjnym i autorem. Definicja autorytetu: Prawo do wiązania sumienia w sprawach wiary i do kierowania wolą w sprawach praktyki. Prawo to należy właściwie wyłącznie do Boga.)

